Strzałka wstecz

Blog

Zupa Haszlama

Zupa Haszlama

Data aktualizacji: 13.08.2025, 13:31

Armenia – kraj lawasza, mięsa i świętej góry Ararat

Zanim przejdziemy do sedna – czyli do zupy Hasz – kilka słów o samej Armenii. To państwo położone na pograniczu Europy i Azji. Jako pierwsze w historii, czyli już w 301 roku przyjęło chrześcijaństwo jako religię państwową. Ormianie uważają się za potomków Noego, a świętą górą kraju jest Ararat, na której według Biblii miała osiąść Arka. Góra ta dziś znajduje się w Turcji, ale z Armenii widoczna jest prawie wszędzie. To symbol, który wzrusza i budzi emocje.

Ormianie mają też kuchnię, która grzeje serce – dosłownie i w przenośni. Dominują tu dania z ogniem w tle: grilla, duszenia, pieczenia w glinianych piecach zwanych tonir. Króluje lawasz – cieniutki jak gazeta chleb, którym można zawijać wszystko, a nawet... zastąpić sztućce.

Haszlama – serce Armenii w misce zupy

No dobrze, czas na danie główne. A raczej: danie kompletne. Bo Haszlama, czyli w skrócie Hasz, to coś więcej niż zupa. To rytuał, uczta, kulinarna opowieść.

Na pierwszy rzut oka przypomina naszą galaretę tylko na gorąco. Bazą są nóżki wołowe lub jagnięce, które gotuje się długo – naprawdę długo. Czasem całą noc. Kiedyś robiono to w piecu tonir, dziś wystarczy duży gar i cierpliwość. Gotowanie odbywa się etapami. Wodę się wymienia, aż do uzyskania idealnie nasyconego bulionu. 

Gdy wywar jest gotowy, czas na warzywa: ziemniaki pokrojone w kostkę, pomidory i czerwoną paprykę. Kolorowo? Bardzo. Ale jeszcze ciekawiej robi się przy podaniu.

Jak jeść Hasz, żeby przeżyć coś więcej niż posiłek?

Hasz podaje się w ogranych glinianych naczyniach. Na dnie – wywar. W środku coś jakby mięsna golonka, którą wyjmuje się, soli i zawija w lawasz. I co dalej? Odkładamy ją na bok. Tak, serio. Na razie skupiamy się na zupie.

Do wywaru dodajemy dużo rozgniecionego czosnku, pokruszony suchy lawasz, może szczyptę ostrej papryki (ale ostrożnie!). Mieszamy i... mamy coś w rodzaju papki o niezwykle intensywnym smaku. Gęste, wyraziste, sycące. A po zupie? Wracamy do naszej wcześniej odłożonej „golonki”, która w międzyczasie naciągnęła smakiem.

Do takiego posiłku Ormianie często podają kiszonki to dla nich chleb powszedni, a dla nas? Ciekawa alternatywa dla klasycznego ogórka kiszonego.

Czy warto? Oj, warto!

Hasz to nie zupa, którą zjemy w biegu. To raczej przystanek – kulinarny, emocjonalny, trochę nawet duchowy. To danie, które nasyci pod korek, ale też zostawi wspomnienie.

Jeśli więc kiedyś traficie na restaurację ormiańską – a coraz więcej ich w Polsce – zapytajcie o Hasz. Spróbujcie. A potem... wrócicie. Tak jak wraca się w miejsca, gdzie było się dobrze nakarmionym nie tylko jedzeniem, ale i historią.


Smacznego i... barev dzez! (czyli: dzień dobry po ormiańsku!)